Mozart Wolfgang Amadeus: Piano concerto no. 5 & 8

Malcolm Bilson - piano, English Soloist Orchestra, John Eliot Gardiner - director

Pierwsze cztery koncerty fortepianowe Wolfganga Amadeusza się jakby to rzec… nie liczą. Wolfi, na zasadzie wprawek wziął sobie bowiem na warsztat dzieła innych kompozytorów i w ten sposób powstały wspomniane cztery utwory, które to wprawdzie zaliczono do twórczości Mozarta, aczkolwiek podnosi się wszędzie, iż to nie są jego pełnoprawne kompozycje. Nawet jeśli o Raupachu, Schobercie czy Eckardzie mało kto dziś pamięta. Nie o nich to jednak rzecz będzie. A o piano concerto no. 5 i no 8. W wykonaniu Malcolma Bilsona i English Soloist Orchestra pod kierownictwem Johna Eliota Gardinera.

Zaczynający recenzowany album „Piąty” koncert fortepianowy jest już mozartowski pełną gębą. Albo raczej od pierwszej do ostatniej nuty. Napisał go jako siedemnastolatek w Salzburgu, gdzie ojciec, Leopold pracował na dworze arcybiskupa, a sam Wolfi był koncertmistrzem tamtejszej orkiestry. To był ten sam rok, w którym Mozartom zamarzyła się fucha na dworze cesarskim w Wiedniu, ale że z marzeniami bywa różnie, to pojechali na dwór Józefa Habsburga i wrócili bez żadnych osiągnięć. Toteż mieszkając sobie we wspomnianym Salzburgu – niejako przy okazji i dla zabicia nudów – Wolfgang napisał swój pierwszy w całości koncert na fortepian i orkiestrę, wyznaczając tym samym pułap zaiste nieosiągalny dla swoich następców. Bo jak inaczej traktować dwadzieścia pięć tego rodzaju kompozycji? No dobra, 21 jeśli mu nie policzymy tych pierwszych czterech. Piątka należała ponoć do ulubionych utworów artysty. Wolfgang grywał go po wielokroć, przy różnych okazjach, gdy tylko nie trzeba było zaskakiwać publiki (i sponsorów) kolejną nową kompozycją. I słusznie, bo jest to jedno z takich dzieł, w którym pięknie zgrała się melodyka partii fortepianowych z instrumentacją zespołu towarzyszącego. Owszem, utwór został tak napisany, że raczej trudno pomylić się względem ustalenia autora kompozycji (tożsame z innymi koncertami fortepianowymi Mozarta jest to intro, podoba budowa – allegro – adagio – allegro, ale przecież to nam w żaden sposób nie przeszkadza. Bilsonowi zresztą też, bo gra ów koncert tak wymownie i lekko, jakby zamierzał czarować damy pod Gloriettą w schönbrunnowskich ogrodach.

Ósmy koncert to dzieło o kilka lat późniejsze, a i napisane już chyba z myślą o sponsorach (a w każdym razie o pieniądzach, bo hrabina Antonia Lützow, która użyczyła koncertowi swojego nazwiska była pianistką i jakby to właśnie dla niej powstał ten utwór salzburskiego mistrza). Bilson gra ów koncert wyśmienicie. Nie szuka jakiejś wirtuozerii, bo tejże w „Ósemce” nie znajdziemy, ale wcale też nie odwala fuchy. Słuchać pełne zaangażowanie, zwłaszcza w takim andante, gdzie pięknie na początku frazują nam smyczki, a potem tak lekko wchodzi fortepian, jakiś taki łagodny i nieśpieszny, jakby miał czas na marnowanie nut w kolejne letnie popołudnie. I jakby tego nam mało było, to finałowe Rondo jawi się już idealnym zestawieniem lirycznej partii pianisty i znakomicie rozplanowanej, dynamicznej a zarazem wyjątkowo subtelnej gry orkiestry. Spora zasługa oczywiście leży tu po stronie Johna Eliota Gardinera, mistrzowsko prowadzącego swoich podopiecznych, a jednocześnie zwracającego uwagę, co przez nuty fortepianu chce mu przekazać pianista.

Oprócz tych dwóch koncertów album zawiera dwa wyśmienicie brzmiące i idealnie uzupełniające całość Ronda: D-dur i A-dur. Krótkie, wymowne utwory kameralne, jakby stworzone wyłącznie ku temu, by grać je w przerwach między koncertami.

Album Piano concerto no. 5 & 8 English Soloist Orchestra oraz Malcolma Bilsona to płyta niezwykle przyjemna i czarująca. Oczywiście nie należy oczekiwać po tym albumie eksplozji uczuć rodem z nadchodzącego romantyzmu, co to, to nie. W krótkich fortepianowych formach Wolfganga próżno doszukiwać się rozbudowanych koncertów chopinowskich. Choć.. można być pewnym, że gdyby nie ciągotki Wolfiego ku fortepianowi, muzyka Fryderyka brzmiałaby zupełnie inaczej. By nie powiedzieć: bardziej ubogo.

No cóż zatem… wystarczy zamknąć oczy, wyobrazić sobie, jak Malcom Bilson w peruce i stroju z epoki siada do fortepianu odpinając szpadę. Jak w pałacowych wnętrzach wiedeńskiego Belvedere rozbrzmiewa ten tryl muzyki dekadenckiego, pachnącego prochem wieku osiemnastego. Wystarczy wsłuchać się i zanurzyć w te dźwięki. Warto.