Ars Cantus: The Codex Of Wrocław
In principio erat Verbum,
In principio erat Verbum et Verbum apud Deum et Deus erat Verbum
Hoc erat in principio apud Deum…
Podobnież na początku było Słowo… i to słowo, w wersji wokalnej rozpoczyna najnowsze, zachwycające dzieło wrocławskich kameralistów z Ars Cantus. Przyglądam się ich poczynaniom od czasów znakomitej płyty Musica Divina z cudownymi interpretacjami utworów zawartych w słynnym rękopisie Krasińskich. Przyglądam (a raczej wsłuchuję, ofkors, ofkors!) to zresztą nazbyt ogólnikowe stwierdzenie: Ars Cantus pozostaje bowiem chyba najważniejszym polskim ansamblem wykonującym muzykę dawną. Tę najdawniejszą. Rzecz jasna, jest jeszcze Agnieszka Budzińska – Bennett i jej Ensemble Peregrina, ale jakby do Wrocławia nam ciut bliżej, aniżeli do dalekiej Szwajcarii. Ano, jakby…
Zatem… w 2014 roku, nakładem…, heh właśnie – za wydaniem tego albumu nie stoi żadna wielka wytwórnia płytowa (ani też nawet mała wytwórnia nawet…) – zatem nakładem „Wrocławskich Kameralistów” ukazała się płyta oparta o tytułowy Kodeks Wrocławski. Co to takiego? Krótko mówiąc – to jeden z najważniejszych zbiorów muzycznych piętnastowiecznej Europy. Powstały gdzieś tam w końcu XV stulecia, za sprawą zdolności i uporu trzech anonimowych skrybów ukazuje nam dziś bogactwo tamtej muzyki. Na 156 kartach znajduje się bowiem około 100 kompozycji polifonicznych obejmujących okres do roku około 1500-ego. Szczęśliwie dla nas Kodeks ów przetrwał koszmarny – zwłaszcza dla Wrocławia – czas II wojny światowej, i po krótkim bytowaniu w najsłynniejszym mieście nad Odrą, w drugiej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku trafił ostatecznie pod opiekuńcze skrzydła Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie. Przechowywany jest tam po dziś dzień i pozostaje mieć nadzieję, że recenzowany album nie będzie jedynym, jaki przybliży publiczności muzyczne dziedzictwo średniowiecznego Śląska.
Dobsz.. to na tym koniec rysu historycznego, niech zabrzmi muzyka.
A tu raptem czternaście kompozycji, z czego tylko jedna sygnowana nazwiskiem. I to nazwiskiem bardzo znanym – Josquin des Pres i jego Ave Maria, virgo serena. Jak informuje bogata w ciekawostki książeczka – motet ten powstał w okresie pobytu kompozytora u Sforzów w Mediolanie. Z racji popularności tak autora, jak i samej kompozycji kopiowano go wielokrotnie i z ogromną ochotą. Najwyraźniej skopiowano go również w piętnastowiecznym Wrocławiu. Co absolutnie nie dziwi, wszak jest to jeden z najpiękniejszych utworów, jakie w owym stuleciu powstały.
Poza des Presem na płycie The Codex Of Wrocław znajdziemy wyłącznie kompozycje anonimowe. Jednakże mimo tego, iż nazwiska ich autorów utonęły w mrokach dziejów (nie znali ich zapewne także owi tajemniczy kopiści, bo wtedy pewnie by je zapisali gdzieś tam na krawędzi samego tekstu), nie znaczy to wcale, że są to utwory w jakikolwiek sposób ustępujące geniuszowi flamandzkiego mistrza. Wspomniany na początku In principio… i pozostałe motety, plus oczywiście Missa Anonyma II ukazują nam przebogate dziedzictwo śląskiego świata muzycznego z czasów panowania Luksemburgów (i zależności tych terenów od Królestwa Czech). Missa Anonyma II zresztą nawiązuje do czeskich wyborów dość bezpośrednio: badacze tematu odkryli, iż jej fragmenty inkorporowano najpewniej właśnie od naszego południowego sąsiada i to na dodatek… hehe, od husytów. Może byli religijnymi odszczepieńcami, ale jak już coś ładnego zaśpiewali, to… katolickiemu kopiście rączka nie drgnęła. Na szczęście. Zresztą te właśnie związki z utrakwistami pozostają niezwykłym wręcz znakiem czasów i dodatkowym smaczkiem Codexu.. Album Ars Cantus zresztą zawiera również inny „ekstrawagancje”: a mianowicie przypisywany Janowi Husowi motet Jhesus Christus nostra salus. Utwór ten zamyka płytę i stanowi swoistą codę dla muzycznych podróży w polifonię piętnastowiecznego Niederschlesien.
Słuchałem tych kompozycji z ogromną przyjemnością, za każdym razem odkrywając nowe, jeszcze bardziej fascynujące brzmienia. Zasługa artystów śpiewających w ansamblu jest dla mnie oczywista. Tu nie ma słabych głosów, tu nie ma niepotrzebnych nut. Wszystko, włączywszy znakomitą warstwę edytorską wydawnictwa jest tu na swoim miejscu. W dobie muzyki sprowadzonej do szeregu zer i jedynek album Ars Cantus jawi się nam wzorcem iście absolutnym. Życzyłbym sobie i Wam, abyśmy z taką muzyką mieli jak najwięcej do czynienia.
To co? Jan Hus na koniec?